• Chata Rainerowa
  • Ciemniak 2096 m npm
  • Gerlach
  • Jaworzyna Krynicka 042
  • pod Capi Stawem
  • Tatry Słowackie
  • Widok na Świnicę
  • widok z Gerlacha
  • Wodospad Skok
  • Świnica widok na Rysy i Gerlach
Chata Rainerowa1 Ciemniak 2096 m npm2 Gerlach3 Jaworzyna Krynicka 0424 pod Capi Stawem5 Tatry Słowackie6 Widok na Świnicę7 widok z Gerlacha8 Wodospad Skok9 Świnica widok na Rysy i Gerlach10
jquery slider by WOWSlider.com v5.4

GR20 - szlak górski, uważany za najtrudniejszy w Europie

Wyprawa na najtrudniejszy szlak w Europie miała miejsce w okresie 1 października do 12 października 2014 r. Szlak ten znajduje się na Korsyce i przebiega niemal przez całą wyspę, od północy na południe, przez jej centralne pasmo górskie, które zarazem jest granicą działową wód płynących na wschód i zachód wyspy. Pomysłodawcą szlaku był Michel Fabrickant (alpinista polskiego pochodzenia, co tłumaczyłoby kolor szlaku ;) ). Nazwa szlaku pochodzi od francuskich słów Grande Randonee (stąd skrót GR) a liczba 20 nawiązuje do oznaczenia Korsyki jako 20 departamentu Francji.



Z uwagi na charakter wyprawy, który był komercyjny niestety nie było możliwym przejście jego całości bądź choć połowy, jednakże udało się zaliczyć jego najtrudniejszą cześć (północną) a zarazem wejść na najwyższy szczyt wyspy - Monte Cinto 2706 m npm, który na dzień 12 października 2014 roku był moim najwyższym, zdobytym szczytem, który jednocześnie nie leży na trasie GR20. Jednakże jak to jest w tym sporcie, nie można było go pominąć, stąd też strata dwóch dni, które mogły mnie ponieść w dalszą część GR20. Z uwagi, iż wszystko trzeba było pogodzić, nie ma co płakać nad tym faktem, tylko cieszyć się z osiągniętych szczytów i przełęczy, które po dwóch dniach, od rozpoczęcia marszu okazały się bardzo malownicze (tę część opiszę poniżej).

Według różnych źródeł, szlak ten można przejść w przeciągu 10-15 dni. Jest on trudny pod względem kondycyjnym, jeśli chodzi natomiast o ekspozycje, nie są one większe od polskich Tatr, a nawet rzecz ujmując znacznie mniejsze. Główną trudność stanowią podejścia, gdyż dziennie musimy pokonywać sporą ilość podejść jak zarówno zejść. Każda trasa prowadzi z doliny, przez przełęcz do następnej doliny. Północny odcinek nie posiada przejść graniami, co sprawia, że szlak ten jest bardzo trudny kondycyjnie. Ponadto poza sezonem (tj. po 1 października) schroniska nie zaopatrują w jedzenie ani wodę, co stwarza kolejne przeszkody, gdyż we wszystko od samego początku do samego końca zaopatrujemy się sami, a co najważniejsze, nosimy cały bagaż na własnych plecach. W wodę możemy zaopatrzyć się w źródełkach znajdujących się przy schroniskach, pod warunkiem że nie są wyschnięte. Na jedzenie nie mamy co liczyć. Wszystko musimy zabierać ze sobą. Jest to na tyle nie wygodne, iż na plecach nosimy średnio ok. 15 kg, co przy dziennym pokonywaniu ok. 1000 metrów w górę i tyle samo w dół, daje się we znaki. Jednakże wybierając się na ten szlak, każdy ma (powinien przynajmniej mieć) świadomość na co się pisze. W sezonie, gdy schroniska oferują jedzenie, trzeba sobie zdawać sprawę, iż koszty wyprawy drastycznie rosną. Schroniska oferują nocleg, jednakże trzeba za niego zapłacić. Ponadto niemile widziany jest wykup noclegu bez śniadania czy obiadokolacji, co generuje kolejne koszta, jednakże zmniejsza ciężar plecaka. Pamiętać należy jednak o tym, że Korsyka jest drogą wyspą, co może znacząco wpłynąć na nasze finanse, które nie koniecznie przekładają się na standard "życia" (schroniska są bardzo ubogie, brudne i zawsze trzeba mieć ze sobą śpiwór - nawet gdy są otwarte).
Monte Cinto 2706 m npm

  1. A. Calenzana
  2. B. Refuge d'Ortu di u Piobbu
  3. C. Refuge de Carrozzu
  4. D. Refuge d'Asco Stagnu (Haut Asco)
  5. E. Refuge de Tighjettu
  6. F. Bergeries de Ballone (alternative to Tighjettu)
  7. G. Refuge de Ciottulu di i Mori
  8. H. Castellu di Verghio (alternative to Ciottulu di i Mori)
  9. I. Refuge de Manganu
  10. J.Refuge de Pietra Piana
  11. K. Refuge de l'Onda
  12. L. Vizzavona
  13. M. Bergeries de Capannelle
  14. N. Col de Verde (alternative to Prati)
  15. O. Refuge de Prati
  16. P. Refuge d'Usciolu
  17. Q. Refuge d'Asinao
  18. R. Col de Bavella (alternative to Paliri)
  19. S. Refuge de Paliri
  20. T. Conca

Dzień 1 i 2


Pierwszy dzień wyprawy polegał na dotarciu do punktu zbornego, z którego mieliśmy wyruszyć w dalszą drogę. Tak więc o godz. 18.15 wyjechaliśmy z Katowic w kierunku Włoch. Następnego dnia, po wielu godzinach podróży, docieramy na miejsce do miejscowości Viareggio a dokładnie Lido di Camaiore. Tutaj czeka nas kwaterunek na jedną noc w hotelu trzygwiazdkowym. Następnego dnia wypływamy z ekipą do Bastii (Korsyka). Nadmienić należy, iż wyjazd miał miejsce w momencie gdy byłem w nienajlepszym stanie zdrowia. Dzień wcześniej diagnoza lekarza stwierdza, że mam anginę. Leki, antybiotyki, spakowany plecak i już siedzę w autobusie jadącym na Korsykę. Podczas podróży doskwiera mi ból gardła, złe samopoczucie, jednakże do wyjścia na szlak jeszcze kilka dni. Mam nadzieję, że moja szybka reakcja na postępującą chorobę się opłaci. Podróż (pomijając mój stan) przebiega pomyślnie a na miejsce dojeżdżamy planowo. Rano o wschodzie słońca i temperaturze przekraczającej 20 st. C. dają o sobie znać moje zatoki, które sprytnie przypominają o zaimplikowaniu sobie leków. Nie można się poddawać a angina nie może mi przeszkodzić, dlatego na miejscu zaznaję kąpieli w Morzu Śródziemnym w palącym słońcu. Świetna pogoda, jeszcze lepsze widoki - chęć wypicia zimnego piwa, lecz z powodu przypadłości muszę odmówić sobie tego trunku. Mimo, że ochota jest bardzo duża, to przede mną główny cel - GR20. Wszystko układałem pod niego, więc trzeba organizm postawić na nogi a w szczególności poradzić sobie z katarem i dolegającym gardłem. . Dlatego korzystam wyłącznie z uroków słońca oraz wspaniałych plaż. Ekipa wydaje się być w porządku. To ważne, gdyż męczyć się z ludźmi przez kilka dni może zniweczyć wszelkie plany. Grupa dzieli się na "górali" (tych co idą na GR20) oraz tych co przyjechali się relaksować. Wspólna kolacja i każdy rozchodzi się w swoją stronę. Początkowo kolacja nie zapowiada się wyśmienicie, gdyż zaserwowano tylko warzywa, ale później podano kawałek lasagny oraz mięso z frytkami. Nie było to coś super, ale przynajmniej ciepłe. Po zjedzeniu wybrałem się na ostatni spacer po tym malowniczym miasteczku. Nie był on zbyt długi, gdyż następnego dnia o 5 rano pobudka.

3 dzień


Zegarek wskazywał godzinę 4.55 kiedy zadzwonił. Pobudka, szybkie mycie i już jem śniadanie. O 6 rano siedzę już w autobusie, który zawozi nas wszystkich do Livorno, miejsca naszego zaokrętowania. Godzina 8 i już ląduję na promie w kierunku Bastii. Planowe wyjście w morze - godzina 8.30. Następuje jednak opóźnienie i płynąć zaczynamy dopiero o 9. Teraz przed nami cztery godziny podróży promem. Widoki ładne. Gdy żegnamy się z widokiem Włoch, na horyzoncie pojawia się wpierw Capraia Isola a następnie malownicza francuska wyspa, zwana Korsyką. Krótko przed godziną 13 docieramy do portu - Bastia. Wyładunek, zejście z pokładu i już jedziemy na zachodnią stronę wyspy, do Porto. Droga D84 wiedzie przez piękną malowniczo dolinę, gdzie jezdnia poprowadzona jest niezwykle stromymi zboczami nad którymi góruje Monte Cinto. Po przyjeździe do Porto wita nas przepiękny widok na nadchodzący zachód słońca. Dwie godziny spaceru, kolacja, ostatnie przygotowania do GR20. Budzik ustawiony na godz. 7.00 dnia następnego.

4 dzień - Etap 1


Dzwoni budzik. To oznacza, że jest to ostatni dzień, kiedy wygodnie się wyspałem, zjadłem coś normalnego i mogłem się wykąpać, ale nie jest to coś za czym bym szczególnie tęsknił. W końcu góry to coś co kocham. Po śniadaniu o godzinie 8 wyjeżdżamy z Porto. Ostanie spojrzenie na malownicze miasteczko i jedziemy do Calenzany. Dwie godziny podróży kończą się przy pięknym kościele Église St-Blaise, położonym w środku Calenzany - miasta w którym rozpoczyna się szlak GR20. W miejscu tym zdarzyła nam się ciekawa sytuacja. Otóż starsza kobieta, nie wiedząc czego chce, krzycząc może po francusku, może po korsykańsku miała problem z odpaleniem samochodu. Wpierw wsiadła do pojazdu i nie odpalając silnika już ujechała 1,5 metra. Później nie wiedząc na co lub kogo krzyczy, odpaliła pojazd i z mocnym impetem uderzyła w zaparkowany z tyłu Volkswagen Garbus - jakże piękny, tradycyjny garbus (sic!). Kobieta wysiadła, pokrzyczała, po czym wsiadła w swój samochód i odjechała. Dziwna ale i zarazem bardzo śmieszna sytuacja. Stąd idziemy wąskimi uliczkami, wijącymi się pomiędzy starymi kamienicami. Po kilku minutach dochodzimy do końca miasteczka, do miejsca gdzie rozpoczyna się "górski" szlak. Przed nami kilka godzin mozolnego podejścia i pokonania blisko 1300 metrów różnicy wzniesień. Jest to pierwszy dzień na szlaku, który uważany jest za najtrudniejszy w Europie. Opuszczamy miasteczko i powoli pozbywamy się przepięknych widoków na wybrzeże i zatoki. Z uwagi na brak możliwości zaopatrzenia się w wodę na szlaku, noszę w plecaku 2,5 litra wody, wzbogaconej tabletkami z isostarem i witaminami. Pomimo że jest październik, dzień jest gorący, po około pół godziny marszu znajduje się źródło wody, gdzie możemy się w nią zaopatrzyć i napić. Marsz jest mocno wyczerpujący. Z jednej strony idziemy ciągle odsłoniętym odcinkiem szlaku, gdzie temperatura daje o sobie znać, z drugiej strony bez żadnej przerwy szlak podchodzi pod górę. Droga nie jest trudna technicznie, lecz męcząca kondycyjnie. Szlak prowadzi leśną drogą, jednak las jest mocno przerzedzony. Po czterech godzinach docieramy na naszą pierwszą przełęcz Boca u Saltu, znajdującej się na wysokości 1250 m. n.p.m. Tutaj kończy się pierwszy i najłatwiejszy etap dzisiejszego odcinka. Od tego momentu na stałe "przywitają" nas skały i płyty skalne. Mamy 20 minut przerwy, uzupełniamy płyny i wyruszamy dalej. Od tego momentu "wspinamy" się po litej skale. Trudności małe, choć nie umiem ich porównać do żadnej trasy w Tatrach. Krótki odcinek łańcuchów i dalej idziemy mozolnie po kamienistym podłożu. Po dwóch godzinach osiągamy kolejną przełęcz Boca u Bazzichellu (1486 m. n.p.m.). Zatrzymujemy się na kilkunastominutowy odpoczynek. Po kilku minutach marszu wychodzimy na płaskowyż z którego widać już nasz cel - schronisko Ortu di u Pobbu. Pojawia się uśmiech na twarzy wszystkich współtowarzyszy, który po chwili jednak znika, ponieważ do schroniska mamy jeszcze 2 godziny drogi. Po godzinie 17, szczęśliwie docieramy do schroniska. Z uwagi na późną porę (szybko robi się ciemno), szukamy wody. Okazuje się, że w kranie woda nie płynie, a do źródełka jest ok. 300 metrów. Wszyscy napełniają butelki oraz się myją. Nikt się nie kąpie z uwagi na bardzo niską temperaturę wody. Wszyscy się śpieszą, przed zapadnięciem zmroku. Osoby, które doznały okaleczeń (odciski, odparzenia) śpieszą się podwójnie, by zdążyć jeszcze opatrzyć swoje rany. Mnie na szczęście nic nie jest i mogę zabrać się za gotowanie wody na dzisiejszą kolację. O godzinie 20.00 jest już ciemno i większość z podróżnych szykuje się do snu. W tym okresie schroniska nie posiadają obsługi, jednak na szczęście dla wszystkich są butle z gazem, które są podłączone do kuchenki gazowej. Posiadałem ze sobą swoją butlę z palnikiem, jednak nie wiedząc co mnie czeka dalej, skorzystałem z dobrodziejstwa, które jest na miejscu. Schronisko niczym nie przypomina polskich schronisk. Jakbym mógł je do czegokolwiek porównać to do jednokondygnacyjnej, niskiej stodoły. Biorąc przykład z innych kompanów i ja się układam w swój śpiwór i kładę się spać.

Dzień 5 - Etap 2


Budzę się po godzinie 7. Kolejka do palnika znika i po chwili już gotuję wodę na śniadanie. Oczywiście jedzenie zalewane wrzątkiem, gdyż każdy kilogram na plecach jest bardzo istotny. Wszyscy są gotowi do wymarszu i o godzinie 9 jesteśmy już w drodze. Zgodnie ze znakami do następnego schroniska mamy 6 godzin. Szlak prowadzi skałami i jeszcze lasami. Ten odcinek nie zachwyca na tym etapie widokowo, jednakże po mozolnym kilku godzinnym (około 3 godzin) podejściu, docieramy do przełęczy Boca Piccaia (1950 m npm), z którego rozpościera się przepiękny widok na wysokogórski krajobraz. Z tego punktu widoczne są barwne, wymowne granie i szczyty w tym m.in. pobliski Punta Pisciaghia (2012 m npm). Wspaniałe widoki. To miejsce to prawie półmetek dzisiejszego odcinka, ale ten łatwiejszy. Dalszy ciąg szlaku ciągnie się zboczem m.in. Punta Ghialla, wszelako na szlaku tym są odcinki na których nieco czeka nas wspinaczki i zejścia nieprzyjemnymi, luźnymi podłożami. Docieramy do przełęczy Boca Innuminata (przez Davida Abrama z przewodnika pt.: "Korsyka" nazwaną Boca Carozzu - 1865 m. n.p.m.). Przełęcz ta kojarzy mi się ze śmiesznym przypadkiem jednego z naszych towarzyszy. Otóż schodząc z nieprzyjemnych skał, jednemu z naszych kompanów, który niosąc piwo w plecaku, uderzył nim w jedną z wystających skał. Większość trekerów usłyszała huk i świst towarzyszący temu zdarzeniu. Kolega nie mógł oczywiście zmarnować drogocennego, polskiego trunku, stąd też nasz przyjaciel docierając na przełęcz, ratuje połowę piwa, którą wypija w szybkim tempie. Ahh to nasze polskie piwo, dla niego można zrobić wiele, nawet je nosić na tak nieprzyjemnym szlaku. Z przełęczy czeka nas wyłącznie zejście w dół, które prowadzi luźnym podłożem. Jest ono bardzo niewygodne i nieprzyjemne. Po ośmiu godzinach docieramy do schroniska Carozuu. Schronisko nas mile zaskakuje. Posiada toalety z ekologicznym "zrzutem" zawartości sedesu. W schronisku nie ma prądu, w przeciwieństwie do Ortu di u Pobbu, jednakże kuchnia jest oddzielona od sypialni. W środku, w kuchni znajduje się woda w kranie i również gaz podłączony do kuchenek. Schronisko to według mnie jest położone w ładnej dolinie. Okalają je wysokie góry a na południowy zachód widoczne jest Morze Śródziemne. Szlak uznałbym za średnio trudny technicznie. Pogoda dopisała, ale wieczorem zaczęło kropić, co mnie osobiście zmartwiło. Następnego dnia czekać nas miał jeden z najtrudniejszych odcinków w szczególności gdyby był on mokry. Koło godziny 20, może trochę później, kładziemy się spać.

Dzień 6 - Etap 3


Kolejny dzień rozpoczyna się o podobnej porze jak poprzednie. Dnia dzisiejszego naszym celem jest schronisko Ascu Stagnu. To na tym etapie znajduje się słynny most wiszący nad potokiem Rau de Lamitu. Choć nie jest on zawieszony bardzo wysoko, to ruszająca się konstrukcja może nie jednego turystę nastręczyć o zawrót głowy i strach. Następnie szlak prowadzi kamiennymi płytami ciągnącymi się przez wąwóz Spasimata. Przechodząc szlakiem w okolicy Lavu di a Muvrella wyłaniają się nam przepiękne widoki na okoliczne szczyty, tym samym mamy możliwość podziwiania najwyższego szczytu Korsyki - Monte Cinto 2706 m. n.p.m. Następnie dochodzimy do przełęczy Stagnu, skąd rozpościera nam się widok na schronisko oraz wszystkie okoliczne szczyty. Widoki przepiękne, doliny malownicze. Cały odcinek nie jest długi i nie jest zbyt ciężki. Etap ten na pewno jest godzien polecenia. Po zejściu do schroniska, wita nas cywilizacja. Tutaj możemy się wygodnie przespać, wziąć prysznic w normalnych warunkach i poczuć się jak w dobrej restauracji. Możemy w miejscu tym kupić sobie prowiant, napitek oraz pamiątki. My jednakże korzystamy z prysznica i możliwości odpoczynku, bo następnego dnia startujemy na Monte Cinto.

Dzień 7 - Monte Cinto


Wcześnie rano pobudka. Śniadanie, pyszne śniadanie i już wyruszamy w drogę. Tego dnia pogoda nas nie rozpieszcza. Niebo jest zachmurzone a sama podstawa chmur unosi się tuż nad grzbietami gór. Początkowo szlak biegnie lasem iglastym, by na jego końcu przekroczyć drewniany mostek i od razu rozpocząć wspinaczkę. Szlak prowadzi mało wygodnymi skałami, znajdującymi się na stoku. Szlak jest przeznaczony na 6 do 7 godzin marszu (samego podejścia). Idziemy bardzo surową doliną. Prócz pomarańczowych skał, niczego innego wokół nas nie ma. Sceneria bardziej przypomina mi plan filmowy, gdzie kręcone miały by być ujęcia z Marsa, aniżeli górski klimat. Opustoszały szlak, brak jakichkolwiek innych barw sprawia, że idzie się mozolnie, monotonnie i męcząco ciągle w górę. Sama droga jest mocno wymagająca kondycyjnie i nie powinien się na nią nikt wybierać, kto nie posiada dobrej kondycji i odpowiedniego ekwipunku. Przytoczyć w tym miejscu należy, iż w 1996 r. w czasie wędrówki na szczyt zginęło 7 turystów, którzy na początku lipca (!) zostali zaskoczeni przez gwałtownie zmieniającą się pogodę w wyniku, której zastała ich niespodziewana śnieżyca (przyp. Korsyka - David Abram). Przez ok. 4 godziny idziemy głazami, płytami skalnymi i piargiem. Po tym czasie docieramy na Boca Borga - płaskowyżu kamiennego na którym możemy sobie zrobić krótką przerwę i ubrać się cieplej, gdyż temperatura spadła o kilka stopni a nadto wiał mocny wiatr. Od tego momentu szlak biegnie coraz bardziej stromo. Po piętnastu minutach mijamy jezioro Lac d'Argentu. Od tego momentu szlak robi się jeszcze bardziej stromy, co potęguje zmęczenie. Po kolejnych kilkudzisięciu minutach docieramy na grań, gdzie wieje silny i zimny wiatr. Pomimo wysiłku jaki włożyliśmy, do samego szczytu mamy jeszcze ok. godziny drogi. Musimy kilkanaście metrów zejść, by następnie kilkadziesiąt metrów podejść i dostać się na przedwierzchołek Monte Cinto. Z tego miejsca teoretycznie pozostaje nam 45 minut drogi, co w rzeczywistości zajmuje nam o ok. 15 minut więcej czasu. Po tak wyczerpującej, męczącej fizycznie i psychicznie drodze, docieramy do szczytu - jesteśmy na Monte Cinto. Pogoda nas nie rozpieszcza, widzialność słaba, podstawa chmur znajduje się dosyć nisko i jedynie co można od czasu do czasu ujrzeć to zaporę w Caolacuccia. Na szczycie jesteśmy 30 minut. Każdy jest zadowolony ze zdobycia góry, kilka fotek, trochę napitku i czas wracać. Przed nami nie mniej ciężkie schodzenie. W wielu miejscach piarg i ostre zejścia, nie powodują byśmy szybciej schodzili. Na całe szczęście pogoda się nie pogarsza a przede wszystkim nie ma opadów deszczu, co znacznie utrudniłoby zejście. Około godziny 18.30 docieramy do schroniska w Ascu Stangu. Choć ostatnia ekipa dociera grubo po godzinie od naszego przyjścia. Upragniony prysznic, ciepła kolacja i już pakujemy się na następny dzień.

Dzień 8 - Etap 4


Tego dnia czeka na nas osławiony Cirque de la Solitude, uznawany za najtrudniejszy etap szlaku GR20 - choć nie jest on wcale taki trudny. Moim zdaniem, jest to najpiękniejsza część GR20 jaką ja osobiście widziałem. Początkowo szlak biegnie łagodnie w górę, przepiękną doliną. Widoki z tej doliny zachwyciły mnie podobnie, jak widoki w naszej Dolinie Pięciu Stawów, choć nie było jezior. Piękne kolory ścian górskich, przepiękne kolory roślinności porastającej całą dolinę. To miejsce mnie naprawdę urzekło. Po ok. półtorej godzinie czasu docieramy na przełęcz Tumasginesca ( 2183 m. n.p.m.), gdzie rozpoczyna się Cirque de la Solitude. Mocno wieje, dlatego też cieplej się ubieram. Z tego miejsca musimy zejść 200 metrów by następnie tą samą wysokość pokonać do góry. Odcinek w dół jest bardzo stromy, wręcz można powiedzieć miejscami pionowy. Nie ma się jednak czego obawiać, gdyż jest on ubezpieczony łańcuchem. Nam przyświeca mocno słońce, szlak jest suchy i można obyć się bez łańcuchów, ale dla własnego bezpieczeństwa asekuruje się nimi. Po zejściu idziemy "zboczem" pod drugą ścianę. Tutaj musimy się wdrapać na przełęcz Minuta (2218 m. n.p.m.). Do dyspozycji mamy łańcuchy i metalową drabinkę. Szlak wiedzie pod ostrym kątem, jednakże nie jest on bardzo trudny. Widoki na tym szlaku są przepiękne, zachwycające dech w piersiach. Po osiągnięciu Boca Minuta widoki rozpościerające się przed nami są jeszcze okazalsze. Tutaj witają nas ptaki, które z chęcią zjadły by wszystkie nasze zapasy. Na przełęczy tej robimy sobie odpoczynek i relaksujemy się przepięknymi widokami oraz błękitnym niebem. Po przerwie (która choćby trwała kilka godzin i tak by było to za mało) udajemy się łagodnym zejściem w stronę schroniska Tighjettu. Podczas naszego zejścia przełęcz przeszył mocny huk silników, dwóch przelatujących odrzutowców. Przyznam szczerze, że nigdy nie słyszałem takiego "ryku" i echa, które przeszyło okoliczne granie. Początkowo dźwięk był podobny do grzmotu, który uderzył nieopodal mnie, ale przelatujące z dużą prędkością dwa myśliwce rozwiały wątpliwość. Po dotarciu do schroniska, czeka mnie zasłużony odpoczynek. Schronisko to jak wyczytałem na różnych stronach nie uchodzi za najładniejsze, a mnie wbrew pozorom bardzo przypadło do gustu. Standard podobny do poprzednich, ale mnie wydawało się bardziej przytulne. Jego wygląd przypominał mi łódź pozostawioną w środku gór.

Dzień 9 - Etap 5


Etap ten rozpoczyna się od zejścia w dół doliny Foret Communale d'Albertacce. Szlak wiedzie ładnymi widokami. Po krótkim zejściu docieramy do Bergerie de Vallone, które o tej porze roku jest zamknięte. Dalej szlak wiedzie wśród drzew, które przeszywane promieniami słonecznymi ukazują inny charakter tego szlaku. Już nie otaczają nas wyłącznie surowe skały. Odcinek ten jest bardzo długi, co początkowo nic tego nie zwiastuje. Jak się okaże na końcu, odcinek ten kończymy z trzygodzinnym opóźnieniem. Idąc ciągle znakami biało-czerwonymi po ok. 2,5 godziny zaczynamy podejście w rejon Capu Tafunatu i dochodzimy do Boca di Fogiale - przełęcz rozpościera się na dużym obszarze. W miejscu tym można by postawić przepiękne schronisko, wybudować basen, dwa korty do tenisa i spokojnie jeszcze byśmy mieli miejsce na grę w piłkę nożną. Miejsce piękne z malowniczymi widokami. Na zachód od przełęczy widzimy schronisko Ciottulu di Mori a na wschód rozpościera się Capu di Manganu (1634 m. n.p.m.). Jako jedyne schronisko na naszej drodze, jest otwarte. Posiada jednoosobową obsługę i serwowane są ciepłe posiłki. Osobiście nie mogę oprzeć się CorsicaColi i zakupuję ich aż dwie puszki. Napój mi bardzo smakuje, ale trudno określić czy z powodu jego dobrego smaku, czy braku przez ostatnie dni takich rarytasów. Widoki są równie malownicze jak poprzednio. Szlak z tego miejsca powoli zaczyna biegnąć w dół w kierunku Col de Vergio. Pomimo, że wydaje nam się, że jesteśmy już nie daleko naszego celu to w rzeczywistości mylimy się o trzy godziny drogi. O tyle zajęło nam więcej czasu pokonanie tego etapu. Po drodze mijamy różne budynki w których mieszkają miejscowi. Po dotarciu do Col de Vergio kończy się nasza wędrówka po GR20. Wielka szkoda, bo zapewne dalsze etapy są nie mniej piękne jak te, jednakże czas wracać do kraju. Z tego miejsca przejeżdżamy na odpoczynek do Tacu, gdzie nocujemy.

Dzień 10


Tego dnia wyjeżdżamy z Tacu. Wraz z kilkoma innymi osobami decydujemy się zatrzymać w Solenzarze, by podziwiać inne uroki Korsyki. Tutaj próbuję kąpieli na kamienistej plaży, kosztuję korsykańskiego piwa - Pietry, oraz zajadam się pizzą. Ponadto zwiedzam miasteczko. W tym mieście niestety swój żywot kończy mój aparat, który został "przykryty" przez falę. Po kilku godzinach lenistwa udajemy się do Bastii, skąd promem płyniemy z powrotem do Livorno a następnie do naszej ojczyzny. Zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć - odnośnik poniżej.
Galeria zdjęć